poniedziałek, 15 października 2012

Wizyta u Madziarów - dzień pierwszy

Miałam zawitać znowu do Szwedzkiego kraju i nawet miałam już wykupiony bilet do Malme oraz plany na zobaczenie przy okazji Kopenhagi, ale jak to czasem bywa rozchorowałam się. Dużo nie straciłam, bo bilety jak zwykle nabyłam za śmieszne pieniądze. Jak ja lubię kupować bilety na samolot za 12 zł ;)
Nie myśląc długo, jak tylko znalazłam kolejną destynację w świetnej cenie (12 zł osoba w obie strony) z Modlina do Budapesztu, kupiłam bilet. Zebrałam tym razem pokaźną ekipę składającą się z 6 osób i ruszyliśmy na podbój węgierskiej stolicy. Dużo o niej słyszałam a nigdy nie byłam, więc 15 października trzeba to było zmienić ;)
Wylot z Modlina mieliśmy o godzinie 18, a po 19.20 byliśmy już w Budapeszcie. Warszawa żegnała nas bardzo smutno bo rozpadało się na dobre. Z ciemnych chmur lał deszcz, a my mieliśmy właśnie w nie wlecieć, wiec oczywiście nie obyło się bez znielubionych chyba przez wszystkich turbulencji. W pewnym momencie wylatywaliśmy z potężnej i ciężkiej chmury i tak nami zatrzęsło, że dziewczyny z tyłu zaczęły krzyczeć ;) No ale szczęśliwie udało nam się dolecieć do celu, po drodze podziwiając piękną panoramę rozświetlonego po zmroku Budapesztu (zdjęć niestety nie mam). 
Co do samego Lotniska Modlin, to sporo się zmieniło od mojego ostatniego tam pobytu, już jest sklep wolnocłowy! Jupi ;) Mały bo mały, ale jest i powstają kolejne.
Pierwszą rzeczą jaką chcieliśmy zrobić po przylocie to kupienie biletu 72h na komunikację miejską. Nie jest to wcale łatwe zadanie na lotnisku po 19. W informacji turystycznej sprzedają tylko Travel Cards - karty ze zniżkami do muzeów, etc. W kiosku można było kupić tylko bilety jednorazowe, a poczta była już nieczynna (o ile w ogóle można by było kupić tam bilet). Zdecydowaliśmy się więc na zakup jednorazówek w cenie 320 forintów za sztukę. Najłatwiejszym i najtańszym sposobem wydostania się z lotnika imienia Liszta jest podróż autobusem miejskim linii 200E, którego pętla znajduję się tuz przy wyjściu z lotniska, a następnie przesiadka do metra (niebieska linia - początek trasy czyli przyst. Kőbánya- Kispest).  Czyli łącznie musimy skasować dwa jednorazowe bilety... Nie spodobało mi się to za bardzo ze względu na cięcie kosztów. Wolałam kupić jeden bilet na 72h za 3850 forintów. Nawet na stacji metra nie było tak prosto z zakupem biletu. Zwykłe automaty w metrze sprzedają jednorazówki, a na dodatek przyjmują tylko monety, których my nie posiadaliśmy. W końcu na pętli autobusowej, koło grupy miejscowych żulików znalazłam biletomat, który nawet papierki do 2000 forintów przyjmował. Zakupiliśmy bilety i ruszyliśmy w stronę centrum, czyli Deak Ferenc Ter. Jest to miejsce gdzie krzyżują się wszystkie 3 istniejące linie budapesztowego metra. Pisząc o metrze w Budapeszcie nie można zapomnieć, że jest to najstarsze metro działające na kontynencie europejskim! Zostało otwarte w 1896 roku, czyli jest drugie po londyńskim (1863 r.). 
Zaopatrzeni w lokalne piwka (niczego sobie) i pamiątki z Polski spędziliśmy wieczór nad Dunajem z piękną panoramą przed sobą:



Widok na Zamek nocą:


Mieliśmy zarezerwowany hostel w okolicy, więc na piechotę spokojnie dało się dojść. Hostel bardzo fajny i godny polecenia nie tylko ze względu na położenie i świetną cenę (27 zł za osobę za dobę) - Grund Hostel  przy ulicy Tomo położony jest w XIX wiecznej kamienicy. Fajny pub z bardzo ładną dziewczyną za ladą - moi koledzy nie dali jej nawet chwili spokoju ;) Pokoje bardzo wysokie i przyjemne. My akurat dostaliśmy pokój z antresolą (szkoda, że nie wykorzystaną) oraz ze wspólnym pokojem z kanapa, stołem etc. Pełna swoboda i spokój, chociaż luksusów nie było. Dzień skończył się bardzo późno bo dopiero około 3 nad ranem, a już o 8 trzeba było wstać i zwiedzać, nie ma że boli, że pada i się nie chce! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz